Dzicy detektywi
Czytam Tomka Pindla żale nie-żale o czytelniczej niewdzięczności, a może raczej niewiedzy lub też obojętności.
Czytam Tomka Pindla (http://poczytane.blog.onet.pl/1,CT5990,index.html) żale nie-żale o czytelniczej niewdzięczności, a może raczej niewiedzy lub też obojętności. Wszystko jedno - o czytelniczym milczeniu prawdę mówiąc. W tym przypadku o milczeniu lub też o zbyt małym zgiełku wokół „Dzikich detektywów". Boleść Tomka jest boleścią bolañowską, dzięki Bogu - podszyta kpiną i wyrozumiałością. I mądrą jest boleścią, bo przy okazji serwuje nam Tomek kilkanaście tropów interpretacyjnych, które pomóc mogą ewentualnym czytelnikom w labiryncie prozy autora „2666".
W dużej mierze oczywiście podzielam Tomkowe żale, bo od wielu lat Bolaño jest jednym z sensów mojej pracy translatorsko-wydawniczej i porażkę chilijskiego pisarza na polskim rynku mocno przeżywam. Ale:
- być może wcale nie należy mówić o porażce, tylko o powrocie Bolaño (w polskich warunkach) do rzeczywistych proporcyji. To nie jest - do jasnej cholery - pisarz masowy, więc naprawdę jego miejsce jest na wysokich i mało dostępnych półkach. Dlaczego mają po niego sięgać wszyscy jeśli jest to ewidentnie pisarz dla niewielu? Ulegamy fałszywej optyce komercji jeśli wydaje nam się, że tacy pisarze jak Roberto Bolaño mogą trafić do tzw. „masowego czytelnika" ( o ile taki istnieje i jest tożsamy z „masowym nabywcą"). O Roberto Bolaño powinno się mówić do ucha najbliższym kumplom, z którymi łączy cię miłość do podobnych filmów, do podobnych płyt, do podobnych pejzaży. Byle komu nie zdradzisz istnienia mało znanej płyty, którą Brian Jones nagrał z marokańskimi muzykami i nie podasz adresu internetowego, na którym możesz zobaczyć Glenna Goulda śpiewającego jakąś szkocką rapsodię. Są rzeczy, o których istnieniu powinni wiedzieć tylko wtajemniczeni. I do nich należy proza Roberta Bolaño.
Czytam Tomka Pindla (http://poczytane.blog.onet.pl/1,CT5990,index.html) żale nie-żale o czytelniczej niewdzięczności, a może raczej niewiedzy lub też obojętności. Wszystko jedno - o czytelniczym milczeniu prawdę mówiąc. W tym przypadku o milczeniu lub też o zbyt małym zgiełku wokół „Dzikich detektywów". Boleść Tomka jest boleścią bolañowską, dzięki Bogu - podszyta kpiną i wyrozumiałością. I mądrą jest boleścią, bo przy okazji serwuje nam Tomek kilkanaście tropów interpretacyjnych, które pomóc mogą ewentualnym czytelnikom w labiryncie prozy autora „2666".
W dużej mierze oczywiście podzielam Tomkowe żale, bo od wielu lat Bolaño jest jednym z sensów mojej pracy translatorsko-wydawniczej i porażkę chilijskiego pisarza na polskim rynku mocno przeżywam. Ale: - być może wcale nie należy mówić o porażce, tylko o powrocie Bolaño (w polskich warunkach) do rzeczywistych proporcyji. To nie jest - do jasnej cholery - pisarz masowy, więc naprawdę jego miejsce jest na wysokich i mało dostępnych półkach. Dlaczego mają po niego sięgać wszyscy jeśli jest to ewidentnie pisarz dla niewielu? Ulegamy fałszywej optyce komercji jeśli wydaje nam się, że tacy pisarze jak Roberto Bolaño mogą trafić do tzw. „masowego czytelnika" ( o ile taki istnieje i jest tożsamy z „masowym nabywcą"). O Roberto Bolaño powinno się mówić do ucha najbliższym kumplom, z którymi łączy cię miłość do podobnych filmów, do podobnych płyt, do podobnych pejzaży. Byle komu nie zdradzisz istnienia mało znanej płyty, którą Brian Jones nagrał z marokańskimi muzykami i nie podasz adresu internetowego, na którym możesz zobaczyć Glenna Goulda śpiewającego jakąś szkocką rapsodię. Są rzeczy, o których istnieniu powinni wiedzieć tylko wtajemniczeni. I do nich należy proza Roberta Bolaño.
